RSS
sobota, 09 czerwca 2012

Mniej bramek niż wczoraj, chociaż po grupie na papierze najsłabszej przyszedł czas na tą najmocniejszą. Więcej szachów niż emocji, chociaż grały drużyny w ofensywie mocarne.

Pierwsza kolejka grupy śmierci za nami.

To co się działo w pierwszej potyczce dzisiejszego dnia przechodziło ludzkie pojęcie. Nie chcę mówić, że Duńczycy nie zasłużyli, bo wytargali to zwycięstwo wznosząc się na swój najwyższy poziom. Jednak nie da się ukryć, że gdyby sam Van Persie zachował skuteczność z ligowego sezonu, to Holendrzy przewodzili by w grupie.

Dania przy odrobinie szczęścia może, dzięki temu zwycięstwu odesłać dwóch faworytów do domu po fazie grupowej. O ile Niemcy wydają się poza zasięgiem, to Portugalia już nie.

Oranje natomiast maksymalnie utrudnili sobie zadanie. Aczkolwiek są jedyną drużyną w tej grupie zdolną urwać punkty naszym zachodnim sąsiadom, dlatego właśnie, wciąż nic nie jest wiadome.

Portugalczycy natomiast podjęli maksymalne ryzyko. Można było odnieść wrażenie, że zależy im na wyniku bezbramkowym. Dusili Niemców arcyintensywnym pressingiem nie pozwalając na rozegranie żadnej składnej akcji. Wicemistrzowie Europy mieli poważny problem, i o ile tym razem się udało, to selekcjonera musi martwić lekka niemrawość przednich formacji.

Nie zmienia to jednak faktu, że drugiej tak poukładanej i wyszkolonej taktycznie drużyny w tym turnieju nie ma. Nawet jeśli dziś bili głową w mur, to w końcu go rozbili. No i jak słabiej gra Mueller to wejdzie Reus, jak słabiej Podolski to Goetze..

No i ten Mario Gomez. Ten, któremu zarzucano, że jak przychodzi co do czego, czyli taki mecz w którym mógłby zapewnić zwycięstwo jedną bramką to tego nie robi. Finał Ligi Mistrzów, dwumecz z BVB w pucharze i lidze. W kadrze również wielkich na łopatki nie kładł. Nie prowadził drużyny do ostatnich sukcesów.

To on dziś wygrał najwięcej. Z chłopca rozstrzeliwującego Kaiserslautern itp., stał się mężczyzną, który uradował miliony Niemców, dając spokój i komfort przed kolejną rundą spotkań.

piątek, 08 czerwca 2012

Dmuchany przez kilka lat balon pękł. Było lepiej niż zwykle, ale też, jak zwykle, gorzej niż byśmy chcieli. Na gorąco, tuż po największym od x-czasu natężeniu przekleństw, kilka świeżych przemyśleń.

1. Oczywista oczywistość weszła w rzeczywistość. Czyli nie potrafimy grać w idealnych warunkach. Nie potrafimy rywala zdominować, poza okresem entuzjazmu (pierwsze 20 min). Czerwona kartka i niepodyktowany karny, ale my bronimy 1:0, zamiast próbować rywala znokautować. Efekt widzieliśmy wszyscy.

2. Trener Franciszek Smuda jest ograniczonym, bardzo mocno ograniczonym człowiekiem i nie jest tej drużyny wsparciem. Człowiek, który odstawiał po kolei wszystkich graczy mających własne zdanie nie przeprowadził (żadnej!) zmiany! Wtedy, kiedy obie drużyny grały w 10, wszyscy piłkarze oddychali rękawami, gra była wolna i szarpana. Miał na ławce Mierzejewskiego, Grosickiego, Wolskiego. Ale lepiej było trzymać na boisku bezproduktywnego tego dnia Kubę, bo to jego autorski kapitański produkt.

3. Wojtek Szczęsny będzie bronił naszej bramki przez lata. Jestem pewien, że będzie bronił świetnie. Ale dziś mogliśmy obejrzeć, jak ważne dla bramkarza jest doświadczenie. Dwie sytuacje. Po pierwszej bramka, po drugiej Wojtek ląduje w szatni. Szkoda mi go strasznie, bo to wielki talent. Ale otwarcie euro go przerosło.

4. Bez trójki z Dortmundu nas po prostu nie ma. Jak w pierwszej połowie coś pograli, to się cieszyliśmy. W drugiej Kuba tylko faulował, Łukasz musiał skupiać się na defensywie, a Robert prawie nie dostawał podań. I ot, okazało się, że wbrew swoim hucznym zapowiedziom, Rybus odkryciem Euro nie zostanie.

niedziela, 25 marca 2012

W dużej mierze znamy już skład w jakim Polacy otworzą Euro 2012. Nawet najbardziej newralgiczny środek defensywy wydaje się dość stabilny, jeśli chodzi o jego obsadę. Na każdej niemal pozycji ma trener Franciszek Smuda jakąś alternatywę. Rzadko tej samej jakości, jednak poniżej pewnego poziomu nie schodzącą. W jednym wypadku, drżeć winniśmy o zdrowie pierwszoplanowego piłkarza. Jeśli jakakolwiek niedyspozycja dopadnie Wojtka Szczęsnego to między słupkami pierwszy raz od ładnych paru lat nie będziemy mieć pewnego punktu.

Czysto statystycznie

Osiem występów w kadrze, dopiero pierwszy pełny sezon w Anglii. Takim CV legitymuje się nasz podstawowy bramkarz. Absolutnie nie próbuję odmówić Wojtkowi niebywałego talentu i wielkiej – tak potrzebnej bramkarzowi – charyzmy. Nie odmawiam mu również odwagi. Sęk w tym, że łącząc to wszystko mamy świetny materiał na bramkarza światowej klasy, na ostoję kadry najbliższej dekady. Jednak dopiero materiał. Szczęsnemu zdarzają się wciąż, kto ogląda jego występy w Anglii to wie, że nierzadko, mecze przeplatające świetne interwencje z tymi delikatnie mówiąc niepewnymi. Nie ma w nim jeszcze stabilizacji. A na takim turnieju jak Mistrzostwa Europy tego właśnie nam trzeba. To są tylko trzy mecze, jedna piłka za kołnierz (jaką wsadził Balotelli we Wrocławiu), jedna porażka zamiast remisu, jeden remis zamiast zwycięstwa i piękna przygoda zamienić może się w ogromny zawód. A poza tym, jest jeszcze jedna znacząca różnica, między kadrą a Arsenalem. Chociaż tegoroczna postawa defensywy Kanonierów świetnie imituję Wojtkowi potencjalną ilość sytuacji do wybronienia to jednak całość, jest na innym poziomie. Wojtek mógł „wygrać” niedawno mecz  Liverpoolem dzięki temu, że z przodu biega Van Persie, wspomagany przez kilku kolejnych grajków mogących wygrać mecz w pojedynkę.

A za plecami..

Dobrze jednak, że taki Wojtek, w ogóle jest. Obawy mogą się okazać bezpodstawne. Szczęsny może udźwignąć na swoich młodych barkach presję. Powstrzymać rywali w grupie a może i nawet dalej. Serdecznie jemu, całej kadrze i wszystkim kibicom tego życzę. A jeszcze mocniej trzymam za niego kciuki ze względu na jego reprezentacyjną konkurencję. W reprezentacji w której od kilku lat słychać, że tylko w bramce nie mamy problemu, a wręcz mamy nadmiar, wręcz jesteśmy potęgą, tej konkurencji po prostu nie ma. Tematu Artura Boruca nie chcę poruszać ani stawać po żadnej stronie, najlepszym komentarzem były słowa Wojtka Szczęsnego mówiące o tym, że przydałaby mu się rywalizacja z tej klasy bramkarzem. Tomasz Kuszczak właśnie próbuje udowodnić na zapleczu Premier League, że ławka Manchesteru United jednak nie jest jego szczytem marzeń. Za późno panie Tomku. Łukasz Fabiański w tym sezonie również nie odkleja się od ławki. A jak już mu się uda, to gra niepewnie. Grzegorz Sandomierski nie poradził sobie w Belgii. W ciągu kilkunastu meczów w Jagielloni niestety nie ma prawa udowodnić, że jest odpowiednią alternatywą. Zostaje Przemysław Tytoń, który broni coraz częściej i coraz lepiej. Jednak doświadczenia w grze turniejowej, bądź w ogóle o najwyższe cele, nie ma właściwie żadnego. Dlatego właśnie trenerowi Smudzie i nam kibicom, pozostaje trzymać mocno kciuki za zdrowie golkipera Arsenalu. W przeciwnym wypadku, przez osobiste niechęci trenera i zdecydowaną zapaść konkurencji każda inna opcja niż 22-letni młokos zapewni nam palpitacje serca przy każdej piłce wrzuconej w nasze pole karne.



piątek, 10 lutego 2012

Ciężko wciąż oswoić się z faktem, że za kilka dni oglądać będziemy dwie polskie drużyny w wiosennej części europejskich pucharów. Tym większym utrapieniem dla kibicowskiego serca jest fakt, jak bez skrupułów ów sukces się nad Wisłą marnuje.

Zasłużyli czy nie?

Mimo identycznej ilości zdobytych punktów różnica w obu sukcesach jest ogromna. Wszyscy pamiętamy w jakich okolicznościach awansowali Wiślacy. W jakim składzie przyjechało do Krakowa Fulham i Twente. Jak prezentowali się w tych - nawet wygranych - meczach. Jak pomiędzy pojedynkami w Lidze Europy grali w lidze. Ten awans spadł im wręcz z nieba. Nikt, poza najwierniejszymi fanatykami „Białej Gwiazdy” nie przewidywał takiego zakończenia fazy pucharowej, kiedy w ekstraklasie strata do lidera wynosiła już dziesięć punktów a nadzieja na jej odrobienie z meczu na mecz bladła.

Drugi biegun

Na nim w tym wypadku stoi Legia. W Warszawie nie przejmowano się, czy przyjeżdża Rapid Bukareszt czy Widzew Łódź. Nie przeszkadzały mecze co trzy dni. Maszynka do wygrywania imponowała regularnością i szerokością ławki rezerwowych. Chociaż ci rezerwowi w dużej mierze ujawnili się dość niespodziewanie. Michał Żyro czy Rafał Wolski dawali świetne zmiany wtedy kiedy ci najlepsi potrzebowali chwili oddechu. I to właśnie tutaj leży źródło sukcesu stołecznej ekipy. Dzięki temu Legie stawia się na równi ze Śląskiem w walce o tytuł. Awans w LE zapewnili sobie już po czterech kolejkach i nawet odpadnięcie ze Sportingiem nie spowoduje trzęsienia ziemi - bo dalej będzie o co grać.

Coś ich jednak łączy..

Pojawiły się więc mniej lub bardziej zasłużone sukcesy. Skorża w końcu przestał się dąsać na cały świat. Moskal dzięki furze szczęścia otrzymał życiową szansę, poprowadzenia mistrzów Polski w europie. Nie ma się co oszukiwać, Liga Europy to nie Liga Mistrzów i podwojenia budżetów nie będzie. Aczkolwiek za wygranie kilku meczy i kolejne awanse również zgarnąć można przyzwoite kwoty. Niestety postąpili właściciele, prezesi, trenerzy i dyrektorzy sportowi obu klubów bardzo solidarnie. Mimo ogromnej szansy, na połączenie sukcesów w kraju i europie Legia oddała trzech piłkarzy. Ohayon czy Knezevic jedynie łatali dziury w razie kontuzji. Natomiast Ariel Borysiuk spędził na boisku najwięcej minut z całej legijnej kadry. Bynajmniej dziwne i niezrozumiałe jest, że klub chcący stać się europejskim średniakiem, tuż przed bataliami ze Sportingiem i walką o krajowe tytuły nie stać na odrzucenie dwumilionowej oferty. W razie przyzwoitych występów na wiosnę czy powołania na euro jego cena mogła wzrosnąć nawet 2-3 krotnie. Nie wspominając już w ogóle o tym, jak to przez kilka tygodni trener o jakiekolwiek wzmocnienia próbował się doprosić..

Wisła na szczęście nikogo nie sprzedała, ale tutaj większy wpływ miał zapewne na to niewielki popyt na średniej jakości piłkarski materiał. Wydawało by się, że niezbędne jest wzmocnienie kadry, która dodatkowo musi próbować odrobić sporą stratę w lidze. Nic takiego nie nastąpiło. Pod Wawelem cieszą się, że zdrowie dopisuje. A kibicom zarówno z tej aktualnej jak i historycznej stolicy pozostaje mocno trzymać kciuki za piłkarzy i trenerów. Bo przez zimę wsparcia „z góry” ewidentnie zabrakło.

czwartek, 02 lutego 2012

Bez żadnego transferu, z dziewięcioma piłkarzami, którym kończą się w czerwcu umowy bądź wypożyczenia i trenerem na dorobku. Tak Wisła Kraków, drużyna, która dopiero niedawno straciła całkowitą dominację w kraju chce walczyć o mistrzostwo i podbić europejskie puchary.

Dobra mina do złej gry

W obrońców tytułu wierzy już naprawdę niewielu. Eksperci, byli gracze, kibice – wszyscy co raz częściej i głośniej pytają o logikę decyzji podejmowanych przy Reymonta. Z obecnej kadry jestem zadowolony, podobnie jak trener Moskal i chyba wszyscy w klubie – mówi Stan Valckx, dyrektor sportowy. Chyba wszyscy w klubie i nikt poza nimi. Bo kadra o której mówi Holender szersza już nie będzie. Radosław Sobolewski może w tym sezonie nie wybiec na boisko w ogóle a Rafał Boguski znów ma problemy zdrowotne. Patryk Małecki zastanawia się nad skorzystaniem z prawa webstera. Trzeba więc przyznać, że decydentom w Krakowie należy optymizmu pozazdrościć.

Obrażony właściciel

Polityka transferowa Wisły od lat opiera się na humorze Bogusława Cupiała. Dopiero od niedawna klub próbuje się od magnata częściowo uniezależnić. Sęk w tym, że kiedy Robert Maaskant rok temu zdobył mistrzostwo, w lecie znów znacznie wzmocniono drużynę. Teraz, kiedy Holendra już nie ma, wielu zawodników się nie sprawdziło a drużyna gra conajwyżej średnio, to stwierdza się, że zespół jest odpowiedni. Jaliens, Lamey, Diaz zaliczyli chyba najgorsze rundy w swoich karierach, a teraz mają być ostojami defensywy mistrzowskiej drużyny. Nunez, Kirm, Jirsak miewali przebłyski, ale każdemu z nich daleko do nazwania silnym punktem Wisły. Iliew może i zachwycał w Serbii ale teraz ma problem ze zmieszczeniem się w składzie. Patryk Małecki to typ zawodnika, który gra dobrze, jak świetnie gra drużyna. Jeśli całość wygląda średnio, to zazwyczaj on tragicznie. Udowodnił to już nie raz, że talent to może i kiedyś miał, ale mimo mijających lat nie wydoroślał ani trochę.

Jaka liga taki mistrz

Pozostaję więc liczyć na cud. Że osłabiona kadrowo Legia nie wytrzyma tempa, że Lech się nie obudzi, że Śląsk nie wytrzyma presji. I nawet jeśli tytuł pozostanie w Krakowie, to byłby to mydlący oczy przykład słabości naszego krajowego podwórka. Radosław Sobolewski, Junior Diaz, Filip Kurto, Gervasio Nunez, Tomasz Jirsak, Dragan Paljić, Michael Lamey, David Biton, Sergiej Pareiko – tym piłkarzom kończą się po sezonie kontrakty lub wypożyczenia. Do tego dochodzą ewentualnie Małecki (prawo webstera), Melikson (wyjazd na zachód). Pewne jest, że część z nich opuści Kraków po sezonie i bez znaczenia będzie tu miejsce w tabeli. Tak więc rewolucja kadrowa zostanie przeprowadzona dopiero w lecie. Zespół bez trzonu, budowany w dużej mierze od nowa. I tak kręci się od kilku lat zamknięte koło Wisły Kraków. Pozostawiona sama sobie drużyna, przy sprzyjających okolicznościach może podniesie się z kolan. Jednak cokolwiek osiągnie w tym składzie to w lecie znów zniknie. A w sierpniu zaczniemy po raz enty słuchać o budowie wielkiej Wisły.



czwartek, 08 grudnia 2011

Mieliśmy w tym sezonie rekordową liczbę rodaków w fazie grupowej Ligi Mistrzów. I chociaż nasi piłkarze reprezentowali drużyny mistrzów Niemiec czy Francji, to w fazie pucharowej kibicować będziemy mogli już tylko bramkarzom Arsenalu.

13 - tylu Polaków potencjalnie mogło wystąpić w tegorocznych rozgrywkach.

Na samym początku z gry wypadł Piotr Brożek, z powodu kontuzji w ogóle nie zgłoszony do rozgrywek. Bramkarze Kuszczak (Manchester United), Sandomierski (Genk), Fabiański (Arsenal) nie mieli większych szans występy. Ostatecznie na boisku pojawiło się 10 Polaków. Dwóm z nich udało się wpisać na listę strzelców (Lewandowski, Błaszczykowski). A oto jak szczegółowo prezentuje się statystyka graczy z nad Wisły w tegorocznej fazie grupowej.

Trabzonspor (Głowacki, Mierzejewski, Piotr i Paweł Brożek)

Turecki zespół dość szczęśliwie znalazł się w rozgrywkach. W eliminacjach uległ Benfice, jednak przez aferę korupcyjną wycofane z rozgrywek zostało Fenerbahce, które właśnie zastąpił Trabzon.

Postawa tureckiego zespołu również była niemałym zaskoczeniem. Już w pierwszej kolejce pokonali oni na wyjeździe Inter Mediolan. W końcowym rozrachunku do awansu zabrakło kilku minut i z trzeciego miejsca w grupie wicemistrzowie Turcji "spadli" do Ligi Europejskiej.

Piotr Brożek - nie zgłoszony do rozgrywek

Paweł Brożek - jedynie dwa wejścia z ławki rezerwowych - 46 minut na boisku

Adrian Mierzejewski - pięć występów, dwa razy wychodził w pierwszym składzie, natomiast trzy   razy jako zmiennik - 278 minut na boisku

Arkadiusz Głowacki - pewniak na środku obrony, wszystkie mecze w pełnym wymiarze - 540 minut na boisku.

OSC Lille (Obraniak, Jeleń)

Mistrz Francji pozyskał tuż przed rozpoczęciem sezonu Ireneusza Jelenia, dzięki czemu mieliśmy okazję oglądać dwóch Polaków. Lille jednak zawiodło, zajmując ostatnie miejsce w grupie z zaledwie 6 punktami i może się już skupić wyłącznie na obronie krajowego tytułu.

Ludovic Obraniak - wystąpił w pięciu spotkaniach, jednak tylko raz od pierwszej minuty - 158 minut na boisku.

Ireneusz Jeleń - dwa występy, jeden w podstawowej jedenastce - 61 minut na boisku.

Borussia Dortmund (Lewandowski, Błaszczykowski, Piszczek)

Już drugi sezon z rzędu nie udało się w Dortmundzie połączyć dobrych występów w Bundeslidze z europejskimi pucharami. Mistrzowie Niemiec zajęli ostatnie miejsce w grupie i jeszcze bardziej osłabili "polską kolonię" w Lidze Mistrzów.

Robert Lewandowski - wszystkie mecze wyjściowym składzie, tylko raz zmieniony - 522 minuty na boisku i 1 gol.

Jakub Błaszczykowski - pięć występów z czego aż cztery z ławki - 178 minut na boisku i 1 gol.

Łukasz Piszczek - tak jak Robert, komplet spotkań, jednak wszystkie w pełnym wymiarze - 540 minut na boisku.

Arsenal Londyn (Szczęsny, Fabiański)

Od jakiegoś czasu wiadomo, że zwycięzca rywalizacji o bluze numer jeden w Arsenalu ma być podstawowym bramkarzem na EURO. Póki co górą jest młodszy Wojtek Szczęsny, co również widoczne było w Lidze Mistrzów. "Kanonierzy" wygali grupę i na wiosnę znów będziemy oglądać któregoś z naszych bramkarzy.

Wojciech Szczęsny - pięć występów - 450 minut na boisku.

Łukasz Fabiański - jeden niepełny występ (kontuzja) - 25 minut na boisku.


Tomasz Kuszczak (Manchester United) i Grzegorz Sandomierski (Genk) ani razu nie pojawili się na boisku.


środa, 07 grudnia 2011

Część genialnej serii przerwana

Dla kibiców Manchesteru United dzisiejszy wieczór musi się wydawać dość abstrakcyjny. Otóż ich ulubieńcy o awans zaledwie do najlepszej szesnastki powalczyć muszą na piłkarskiej prowincji. I to conajwyżej z drugiego miejsca w grupie.

Miewał już Sir Alex wraz z podopiecznymi gorsze chwile w Lidze Mistrzów. W sezonie 05/06 ostatnie miejsce w grupie "Czerwonych Diabłów" było chyba największą sensacją w całych rozgrywkach. Feralny występ dał jednak początek fenomenalnej serii. Pięciu sezonów z rzędu w których United nie zeszli poniżej półfinału! Takiej serii nie ma aktualnie nawet coraz częściej mianowana na drużynę wszechczasów obecna Barcelona. Chociaż Katalończycy sukcesywnie gonią ten rekord i właśnie w tegorocznej edycji mogą go wyrównać.

Patrząc całościowo, od momentu kiedy system rozgrywek pozbył się dwóch faz grupowych a rywalizacja pucharowa trwa od 1/8 (sezon 03/04) to podopieczni Fergusona (wyjmując w/w feralny sezon) tylko raz grupy nie wygrali. W sezonie 04/05 zajęli drugie miejsce za Lyonem a w 1/8 gładko ulegli Milanowi (późniejszy finalista). Rok później grupę już wygrali, żeby w fazie pucharowej zapoczątkować genialny marsz prowadzonego przez Mourinho FC Porto po historyczny tytuł.

Sezon 06/07 to początek genialnej serii. Od tego sezonu Manchester grupę wygrywał zawsze, ulegając najwcześniej w półfinale:

- 06/07 - 1/2 - porażka z Milanem
- 07/08 - finał - zwycięstwo z Chelsea
- 08/09 - finał - porażka z Barceloną
- 09/10 - 1/2 - porażka z Bayernem
- 10/11 - finał - porażka z Barceloną

Wiadomo więć, że jedna seria się już zakończyła. "Czerwone diabły" grupy nie wygrają. Teraz ciekawi mnie najbardziej, czy utrzyma się tendencja, że United grupy nie wygrywając odpada tuż na początku fazy pucharowej?

Warto też zauważyć, że od sezonu 03/04 nawet jeśli United nie przekraczali 1/8, to ich pogromncy kończyli rozgrywki conajmniej ze srebrnymi medalami.

Wczorajszy wieczór na Signal Iduna Park emocji dostarczył aż nadto. Było wszystko co potrzebne przeciętnemu widzowi - piękne akcje, jeszcze piękniejsze bramki i mnóstwo walki. Wniosek jednak wysunąć trzeba brutalny - BVB w piłkę grać potrafi pięknie, jednak pięknie i skutecznie, to wciąż symbioza działająca jedynie w Katalonii.


Już pierwsze minuty meczu określiły co siedzi w głowach mistrzów Niemiec i jak świetnie zmotywować musiał ich trener Klopp. Rzucili się na rywali od pierwszych sekund tak, jak rzucają się jedynie drużyny minimalnie przegrywające w doliczonym czasie gry finałów. Ten ultra pressing szybko przyniósł efekt. Marsylia przestraszona i bezradna, zamknęła się na własnej połowie. Najpierw bramka Kuby a chwilę później, decydujący moment spotkania.

Rzut karny i kontuzja Kehla,

wbrew pozorom nie ułatwiły a pokrzyżowały plany Dortmundu. Świetnie obrazowała to zatroskana mina Jurgena Kloppa. Mimo bramki na 2:0, stracili Niemcy w tym momencie gracza kluczowego. Jedynego, który na poziomie europejskim już pogrywał. Doświadczonego wyjadacza i kapitana trzymającego w ryzach środek pola oraz temperującego przesadną gre "na hurra". Właśnie wtedy stracili gospodarze całkowitą inicjatywę. Skończyło się to tragicznie. Jeden błysk geniuszu dał gościom bramkę kontaktową w najgorszym możliwym momencie - do szatni.

Druga część,

to jeszcze bardziej chaotyczna Borussia. Ciekawy był również dobór nowego kapitana. Ciekawy ze względu na sytuację właśnie z początku drugiej połowy. Otóż po swoim niepewnym wybiciu piłki, Roman Weidenfeller otrzymał suszarkę ala Sir Alex od młodszego o osiem lat Hummelsa, po czym grzecznie ze spuszczoną głową wrócił do bramki. To obrazuje jeszcze bardziej, jak bardzo brakowało dortmundczykom Kehla. Marsylia rozgrywająca póki co nieprzyzwoicie słaby sezon wypunktowała gorące niemieckie głowy bezlitośnie. Dwumecz między tymi drużynami to symbol całego występu mistrzów Niemiec w tegorocznej Lidze Mistrzów. Powinni go wygrać różnicą 4-5 bramek, a skończyło się 2:6.

W piłkę grać..

Borussia potrafi. Udowodniała to w każdym kolejnym meczu. W każdym została klasycznie wypunktowana. Przypominało to pojedynki młodego, szybkiego, świetnie zbudowanego boksera starającego się odebrać pas kończącemu powoli kariere wielkiemu mistrzowi. Masa ciosów, biegania i gadania rozbija się o jeden pojedynczy, aczkolwiek perfekcyjnie przygotowany i przemyślany cios.

Miejmy więc nadzieję, że Borussia powróci. I to co opanowała do perfekcji w Bundeslidze. Czyli klasowe zwycięstwa, po perfekcyjnie taktycznie rozegranych meczach przełoży również na europejskie puchary.

wtorek, 22 listopada 2011

Trzech minut zabrakło Wiśle, by jutro grała z Zenitem. Nie ośmielę się stwierdzać, że tak jak APOEL, grałaby o awans, ale jednak. Tych samych trzech minut zabrakło Maaskantowi, by pracować nadal w Krakowie, wpisać się do annałów polskiego futbolu a nie opalać teraz gdzieś w ciepłych krajach. I również te same trzy minuty uszczęśliwiły cały Cypr. Aż tak unieśli się ich krajowi mistrzowie szczęściem, że postanowili (bynajmniej do jutra) nie przegrać czterech kolejnych spotkań, w każdym potykając się z drużyną, która w ciągu ostatniej dekady sięgała po conajmniej jedno europejskie trofeum.

Pomijam całkowicie nielogiczną drogę jaką idzie Wisła. Cała ponad roczna praca została już w nagłupszy możliwy sposób zmarnowana, mimo, że przykład drogi do sukcesu został nawet w Krakowie ograny. To już kolejny dowód na to, że nasz lokalny zaścianek wcale tak szybko europy nie goni, jak to wielu próbuje manifestować. Te trzy minuty są symboliczne właśnie przez to co prezentują w tych elitarnych rozgrywkach Cypryjczycy.

APOEL w dwumeczu lepszy był i basta. Aczkolwiek nie sposób nie uznać, że awansował dość szczęśliwie. Jutro w dalekiej Rosji powalczy o awans z Zenitem St.Petersburg. Jeśli wygra to awansuje. W innym wypadku wciąż wszystko będzie zależało od nich samych, bo jeśli w ostatniej kolejce ograją u siebie słaby w tym sezonie Szachtar - to również zagrają w LM na wiosnę.

Możemy więc włączyć telewizory i popatrzeć z zazdrością na budowaną od kilku lat, solidną, cyprysjką ekipę. Szeroko pojęta Europa niekoniecznie nam ucieka, bo i już nie bardzo ma gdzie. Niestety bardziej martwi fakt, że to my - czego symbolem jest zwolnienie holenderskiego trenera - zrobiliśmy kolejny krok do tyłu.

niedziela, 13 listopada 2011

Mistrzostwa Europy w Polsce i na Ukrainie będą piątymi - i ostatnimi - na których zobaczymy szesnaście reprezentacji. Czwarty raz natomiast obserwujemy eliminacyjną dogrywkę - czyli baraże.

Szesnaście ekip walczących o tytuł najlepszej drużyny w europie pierwszy raz zobaczyliśmy w 1996 roku w Anglii. Wiemy już również, że w Polsce i Ukrainie taki system wystąpi ostatni raz. Kolejne EURO gościć ma już 24 zespoły. Działacze wszelacy, a zwłaszcza ci odpowiedzialni za systemy piłkarskich rozgrywek lubują się w ich zmianach. Dlatego też cztery lata temu baraży nie było w ogóle, a pierwszy jakie się odbyły wyglądały kompletnie inaczej niż obecne.

Kuchennymi drzwiami do mistrzostw dostawały się różne drużyny, od debiutantów (Łotwa) po potęgi (Holandia, Hiszpania) a jednak łączy ich bardzo dużo. Żaden z "barażowych" uczestników nie dochrapał się medalu, a wręcz wyczynem było w ich wypadku wyjście z grupy. Wyjątkiem od reguły są Holendrzy, którym akurat grupę udawało się opuścić.

Obecne, będące na półmetku baraże wprowadzą do turnieju prawdopodobnie conajmniej trzy ekipy, które medale wielkich imprez już zdobywały (Chorwacja, Portugalia, Czechy). I nawet jeśli murowanymi faworytami nie będą, to ich ewentualne sukcesy nie zrzucą ze stołków tak jak niegdyś "miesiąc konia" Greków.

Debiut na Anfield

Stadion Liverpoolu gościł pierwszy mecz barażowy. Zwycięzcy grup eliminacyjnych awansowali bezpośrednio, a spośród drugich miejsc stworzono tabele, na której dwóch ostatnich miejscach znalazły się Holandia i Irlandia. Reprezentacje te zmierzyły się właśnie na Anfield, 13 grudnia 1995 roku. "Pomarańczowi" wygrali 2:0 po dwóch bramkach Patricka Kluiverta i dołączyli do grona finalistów. To był pierwszy i ostatni baraż w tej formie, tzn. jeden mecz na neutralnym terenie.

Kilka miesięcy później w turnieju finałowym Holendrzy co prawda wyszli z grupy, jednak ograli w niej jedynie najsłabszą Szwajcarię oraz zremisowali ze Szkocją i wyraźnie ulegli gospodarzom. Awans do ćwierćfinału dał im minimalnie lepszy stosunek bramkowy od Szkotów (obie drużyny uzbierały po 4 pkt.).

W fazie pucharowej wpadli na Francuzów i odpadli po rzutach karnych.

Milenijne Euro w Belgii i Holandii

Na EURO 2000 z baraży awansowały Anglia, Dania, Słowenia i Turcja. Za kompletnych outsiderów można uznać jedynie Słowenię a wyjść z grupy udało się jedynie Turkom.

Anglicy jak na każdy turniej jechali w roli jednego z faworytów i jak to mają w tradycji - zawiedli. W grupie wygrali jedynie z Niemcami, którym akurat przytrafił się jeden z najgorszych o ile nie najgorszy występ w Historii. Ustąpili miejsca Portugalii i Rumunii wracając do domu już po trzech meczach.

Dla Słoweńców sam historyczny awans był wyczynem ponad stan. Na turnieju walczyli dzielnie, jednak po dwóch remisach i porażce zajęli ostatnie miejsce w grupie. Ich los podzielili również Duńczycy. Ostatnie miejsce, żaden strzelonej bramki i osiem straconych, świetnie obrazuje ich występ w turnieju.

Do fazy pucharowej udało awansować reprezentantom Turcji. Grupę zdominowali wygrywając wszystkie mecze Włosi. Turcy natomiast w zaciętej walce o drugą lokatę wyprzedzili Belgię i Szwecję. W 1/4 jednak nie byli w stanie przeciwstawić się Portugalczykom, gładko ulegając 0:2.

Euro 2004 - potęgi w barażach

Do portugalskiego turnieju awans z baraży wywalczyło pięć ekip. Sesnacyjnie wśród nich znalazła się Łotwa. Zgodnie jednak z planem Łotysze szybko odpadli, ciułając w grupie jeden punkcik.

Jednak wśród pozostałych drużyn, spokojnie można było znaleźć ewentualny skład mezu finałowego. Hiszpania, Holandia, Chorwacja i Rosja uzupełniły skład finałów na których..

Już w pierwszej grupie znajdujemy dwie drużyny z baraży. Oczywiście na dwóch miejscach, zapewniających szybszy wyjazd na wakacje. Hiszpania i Rosja znalazły się za Portugalią i Grecją. Na usprawiedliwienie pokonanych można dodać, że ustąpili późniejszym finalistom.

Chorwaci również grupy nie mieli najłatwiejszej. Ulegli Francji i Anglii i z zaledwie dwoma oczkami pożegnali się z turniejem.

Szczęście natomiast sprzyjało w tym turnieju Holendrom. Szczęśliwie uratowali remis z Niemcami by później przegrać z najlepszymi w grupie Czechami. W ostatnim meczu ograli jednak Łotwę i dzięki temu wyczołgali się do 1/4 na drugiej pozycji.

W ćwierćfinale trafili na Szwecję, dzięki czemu wszyscy widzieli prostą drogę do półfinału. Lekko co prawda to nie przyszło, jednak po rzutach karnych udało się skandynawów wyeliminować i osiągnąć najlepszy jak do tej pory wynik w mistrzostwach drużyny, która dostała się do nich poprzez baraże.

Półfinał to już mecz z gospodarzami i porażka 1:2.

Jak będzie u nas?

Jak już wspomniałem, w 2008 roku baraży nie było. Wynik Holendrów z EURO 2004 jest więc najlepszym wynikiem drużyn z baraży, ale i jak widać jest wyjątkiem od reguły. Reguły, która zatrzymywała na fazie grupowej nawet potęgi.

 
1 , 2